Miniatury prozatorskie:

Piotr Barański

Woda archipelagowa

Wiatr. Bezpaństwowiec czy obywatel niejednego kraju, a nawet wszystkich? Zastanawialiśmy się w dniu wolnym od szkoły, patrząc na maszty z flagami kilku państw. Wiatr trzymał się tak samo kurczowo każdej z nich, jakby chciał otrzymać obywatelstwo albo nie chciał żadnego utracić.
    Czekaliśmy na Wojtka. Przyszedł i spóźnienie tłumaczył jakimś nagłym problemem hydraulicznym w domu. Ojciec wysłał go do sklepu po uszczelki, po silikon. Wojtek powiedział do nas: zwykle uszczelnia się czymś coś, tak żeby woda nie przeciekała, nie wyciekła, a wiecie czy może sama woda coś uszczelnia? Według mnie na pewno uszczelnia archipelagi, bo, pomyślcie, gdyby wody zabrakło między wyspami, to archipelagom wyciekłaby ich istota – mówił dziwnie jak dla nas, choć raczej zrozumiale. Bardziej myśleliśmy w tym momencie o eksponatach. Co zobaczymy.
    W hali, przed którą wiatr nie zostawiał flag w spokoju, odbywała się międzynarodowa wystawa techniczna. Nie wpuszczono nas jednak bez opiekuna. Gdy rozczarowani wracaliśmy na międzyblokowe boisko, ktoś powiedział, że następnym razem musimy wyprawę do hali uszczelnić. Uszczelnić kimś z naszych dorosłych. Ktoś inny dodał, że tym samym woda ją uszczelni, bo przecież tyle jest wody w człowieku, szczególnie w dorosłym. Teraz mam wrażenie, że biologia, geografia i fizyka, znane nam ledwie z kilkunastu lekcji, udzielały jakichś potajemnych i dość amatorskich korepetycji naszej wyobraźni.
    Niedawno usłyszałem na ulicy krótkie pytanie: Andrzej? Wojtek rozpoznał mnie po wielu latach. Opowiadał, że długo nie było go w kraju, dużo podróżował zawodowo, w tym drogą morską. Przypomniało mi się to, co mówił w dzieciństwie o wodzie i archipelagach. Zapytałem, czy pamięta. Powiedział: tak, woda archipelagowa… czasem ludzie rozlewają ją między sobą. Taka wyspotwórczość.


Piotr Barański

Węglarka

Mało węgla, duże wydobycie. To oferowała. Mało węgla, bo rysowała kilkoma pałeczkami i sztabkami, a ich ślady były mniejszością na tle bieli arkusza. Duże wydobycie, bo rysując twarz, wydobywała z niej wiele; pierwiastki, minerały z głębin wnętrza.
   Pracowała na starówce. Raz, gdy ktoś mijał jej stoisko i zobaczył ją przed sztalugą, powiedział: a tu jakaś malarka… Śmiejąc się życzliwie, odpowiedziała: raczej węglarka. Jak zazwyczaj w przypadku takich stoisk, można tam było obejrzeć liczne prace artystki, głównie portrety – osób znanych i nieznanych – rysowane na żywo lub na podstawie fotografii. Zajmowała się tym od kilkudziesięciu lat, w różnych miastach i z różnym powodzeniem. Wśród rysunków był jej autoportret, jedyny obrazek nie na sprzedaż, co podkreślała.
   W którejś z naszych rozmów powiedziała: panie Adamie, staram się lepiej władać arkuszem niż węglem, żeby w moich pracach była dobra biel, żeby ona dominowała. Ciągle uczę się, jak i gdzie zostawiać puste miejsca na papierze. Zapytałem od czego zaczyna tworzenie portretu. – Od spojrzenia w dal przy patrzeniu w oczy. Dopiero gdzieś tam jest twarz.
   Zachorowała i zaczęła przypominać cienie ze swoich rysunków. Biel z wnętrza świetnie przebijała się przez to. Dobrze pamiętam dzień, w którym zobaczyłem kilka osób znanych mi wcześniej z jej obrazków. I ich ubrania w kolorze węgla. I ten autoportret tam, gdzie przeważnie umieszcza się zdjęcie.

Piotr Barański

Poduszki

Trwała budowa muru z worków pełnych piasku. Z pewnej odległości przypominały mi białe poduszki. Miały w końcu podziałać nasennie – uśpić niebezpieczeństwo, uśpić koszmar powodzi.
   Wielu z naszej miejscowości pomagało służbom w tym umacnianiu brzegu. – Łukasz, podawaj tamtemu żołnierzowi – powiedział do mnie wójt, sam również noszący worki z piaskiem. Piekarz Antoni stwierdził, że są lżejsze od wypełnionych mąką w jego zakładzie. Prowadził znajdującą się w pobliżu rzeki piekarnię. Niski budynek z szyldem „Piekarnia Nad Rzeką” miał właśnie zagrożoną istotę swojej nazwy. Mógł przestać górować nad wodą.
   Słowo „pod” brzmiało w tym czasie jakoś drażniąco, nawet wypowiadane w zupełnie zwyczajnych kontekstach. Oczywistym pytaniem było przecież: co znajdzie się pod wodą, jeśli dojdzie do przerwania umocnień. Słowo „pod” przywoływało to pytanie. Każda powódź od razu wiąże się z tym słowem i jest z nim zawsze do końca.
    Telewizje pokazywały m. in. duże i małe miasta, w których powstały karykatury pejzażu weneckiego – ulice zamienione w brudne kanały wodne, bloki z wielkiej płyty wystające z mętnych rozlewisk, bliskie sytuacji zalania mosty westchnień sztabów kryzysowych. Częste były obrazy powodzi spowodowanych utratą kogoś albo dobytku  – sceny powodzi na twarzach.
   W nocy, kiedy fala miała do nas dotrzeć, znajdowaliśmy się na  wysokich piętrach naszych domów, byliśmy przygotowani do ewentualnej ewakuacji. Wielu albo wcale się nie położyło, albo co chwilę wstawało z łóżek lub dmuchanych materaców. Susza snów panowała na poduszkach.

Piotr Barański

Stado białych kruków

Przysiadało na długie godziny na trawniku w centrum miasta, obok chodnika, którym przez większość dnia chodzi tłum. Białobrody handlarz układał je na ceracie. Liczyło tylko ok. trzydziestu egzemplarzy, ale ze względu na unikatowość każdego z nich można chyba mówić o stadzie, nie stadku. W bezruchu i ciszy miało zdobywać pożywienie. Dla swojego hodowcy.
    Pan Henryk, uliczny siwy handlarz sprzedawał białe kruki – głównie niespotykane w sklepach książki i winyle, nieraz z oryginalnymi podpisami pisarzy czy muzyków. Próbował w ten sposób choć trochę wzbić swoją mało skrzydlatą, niską emeryturę.
   Kupiłem u niego kilka okazów. Zawsze przy pytaniu o cenę mówił: no wie pan, perełka… Faktycznie, ewentualne negocjacje nad białym krukiem brzmiałyby jak zwykłe, puste krakanie.
    Nieraz długo czekał na zainteresowanie swoją kolekcją, na najkrótszy lot członka stada – od trawnika do wzroku przechodnia, raczącego kartkować książkę albo obracać okładkę płyty. Jeszcze dłużej na lot między stacjami: trawnik – kolekcja klienta.  Raz poradziłem mu, by nieco wyróżnił swoje stoisko, bo dopiero z bliska widać, czym w ogóle handluje. – Panie Marku, ale co ja tu mogę postawić? – Mam pewien pomysł, chyba coś przyniosę.
   Znałem kogoś, kto robi rekwizyty teatralne. Pomyślałem o przygotowaniu białego pióra o wysokości ok. jednego metra. Z obu stron umieszczony został napis „Białe kruki”. Wkrótce było gotowe. Pan Henryk oniemiał. Wbiliśmy to w ziemię przy jego ulicznym kramiku.
    W naszej ostatniej rozmowie powiedział: no, jest poprawa, bardzo jestem wdzięczny. I chciał nawet dać mi za darmo coś białopiórego.
    Niedługo potem wprowadzono całkowity zakaz handlu na tym obszarze i nie wiem, gdzie teraz sprzedaje Pan Henryk. Trawa po jego stoisku przetarła się w kilku miejscach, a ja mam wrażenie, że ziemia ma specyficzny kolor w tych przetarciach.
    Jakby kruczej bieli.

Piotr Barański

Szklarze

Szyba, którą mróz wstawił nocą w ramę stawu została wybita bez kamienia. Bez rzutu czymkolwiek. Temperatura, wchodząc rano po stopniach, musiała to sprawić. Zobaczyłem w tym parku zgarbioną kobietę z naszej ulicy. Mijała pokruszone szkło stawu, pchała wózek z chrustem.
     Mieszkała w najmniejszym domu w dzielnicy, w starej prawie-ruderze na zarośniętej działce. Czasem, gdy budynek kulił się za zielskiem, nie było wiadomo, czy kobieta musi otwierać w nim okna, czy przewiew dają jej same szyby, może już niepełne. Zwykle po burzach i wichurach ktoś z sąsiadów pytał ją, czy nie potrzebuje przypadkiem wizyty szklarza. Parę razy go tam sprowadzaliśmy. Odpłatnie wyręczał wiatr w naprawieniu szkody – wiatr, o ile szyby nie pękały po prostu w szwach biedy.
     Opłacaliśmy też kilku innych potrzebnych fachowców; musieli stawać się geriatrami dla różnych narządów tego domu. Szklarz był u niej również niedawno, tej zimy. Wypełnił ramę nową przezroczystością, a potem okna uszczelnił. Chrust, który pani Aga zabrała z parku służył być może do ogrzewania; przynosiliśmy jej drewno, ale przywoziła też suche gałęzie z różnych miejsc, chyba na wszelki wypadek. Kit w oknach miał przecież być strażą graniczną, zatrzymującą ciepło na przejściu, a chłód za szlabanem.
     Karol, zostawiamy przy furtce, widziałem, jak pojechała – mówił do mnie sąsiad, nazywając pchanie wózka jazdą. Zawieszaliśmy na ogrodzeniu siatki z żywnością albo kładliśmy na chodniku. Pani Aga nie zawsze miała na „taczce” miejsce, by je zabrać. Przywoziła makulaturę, jakiś złom, puste butelki, żeby potem to dopchać do skupów. Nieraz musiała pewnie wyładować wózek i wrócić z nim spod domu po reklamówki. Nie we wszystkim pozwalała sobie pomóc.
     Przed jej ogrodzeniem znajdowały się duże, niewidzialne, ale całkiem nieprzezroczyste szyby. Zimni szklarze, którzy je umieścili, chcieli nie zauważać tego domu. I chociaż stało się to w ich myślach, było obecne w tym miejscu. Przechodziliśmy przez to szkło, podchodząc do furtki i ono chyba się nie tłukło. Zbiłoby się, gdyby temperatura w ich wnętrzach zaczęła wchodzić po stopniach.

Piotr Barański

Tkanka śnieżna

Przed snem długo patrzyłem przez okno. Szyba transmitowała wyścig płatków śniegu, oświetlony latarniami. Było w nim zbyt gęsto od uczestników, by kibicować konkretnemu. – Krzyś, do łóżka. Położyłem się więc, ale chciałem spać jak najkrócej, szybko móc wrócić do tego obrazu.
    Obudziłem się tuż po szóstej i zaraz odsunąłem zasłony. Było już po wyścigu, choć jeszcze kilka płatków docierało do mety. Na chodniku zobaczyłem ciąg śladów obuwia. Buty nie przebiły tkanki śnieżnej, nocą usypanego miastu nabłonka.
Te ślady to był zapis; fragment dziennika pisanego przez czyjeś stopy na mokrym, grubym arkuszu. Sprawozdanie z chodu, bez słów, pełne spacji i tropów. Po dwóch godzinach ulica wysyłała do okna widok sterty takich sprawozdań. Tropy nałożyły się na siebie i już nie można było ich podjąć, nawet tych, które były na wierzchu.
    Potem płatki znowu tłumnie emigrowały z chmur, a ziemia przyjmowała w całości ten napływ. Około czternastej śnieg ponownie gotowy był służyć jako czysty notes dla stóp. Te szczególne pamiętnikarki odnotowują to, co robią, gdy tylko mają możliwość, nie dodając przy tym żadnego komentarza. Piszą dziennik w samym trakcie wydarzeń. Potrzebny im piasek, mokra ziemia albo właśnie śnieg, chyba że na innych powierzchniach korzystają z atramentu błota. A może notują bez przerwy, z każdym krokiem, lecz przeważnie niewidzialnie – i dają o tym czasem znać przez liść czy kamyk, leżące w danym miejscu, przeniesione na podeszwie i oznaczające w zapiskach po prostu ten fakt? I powstają dzienniki kroków, diariusze, których tylko śladowa ilość nam się ujawnia, po czym niknie.
    Następnego dnia pojechaliśmy do rodziny na wieś. Parę zabudowań, kilka pól w pobliżu lasu. Tutaj pomieściło się jeszcze więcej śniegu niż w mieście. Wiele sprawozdań z chodu odcisnęły nóżki kur.
Po południu był kulig. Opatuleni kocem sunęliśmy leśną drogą na polanę. Sanie nie używały spacji w swoim dzienniku, a i tak spacji było mnóstwo między śladami płoz. Wysiedliśmy na polanie i szliśmy w stronę rozpalanego ogniska. Śnieg trzeszczał i chrzęścił tak jak tkanka chrzęstna.
     Wieczorem opisałem ten czas szczegółowo na kartce, która później wyparowała, która miała nie topnieć.

Piotr Barański

Herbata z korzeniami
Mieszkańcy czterech bloków wydeptali tę ścieżkę. Dosyć szeroka, biegnie pomiędzy strefą drzew a tym, co zostało z trawy; dalej znajduje się chodnik, dłuższa droga do domu. Mniej więcej dwa lata temu zauważyłem przy ścieżce torebkę zaparzonej herbaty. Wyróżniała się wśród śmieci z przewagą petów. Ten widok powtarzał się – co jakiś czas na ziemi zużyty od wrzątku woreczek, połączony z metką producenta. Dostrzegałem to o każdej porze – zimą, gdy dodaje się miodu i imbiru do herbaty, latem, gdy wzrasta ochota na ice tea, wiosną, która sama pachnie jak dobry napar i jesienią, kiedy drzewa stają się herbaciane. Te, które rosną przy ścieżce to prawdopodobnie niewycięty fragment lasu, tu przecież miasto graniczy z lasem.
   Po dłuższym czasie zauważyłem, że wszystkie te torebki pojawiały się tylko przy drzewach, których korzenie wystawały z ziemi. Nadal nie wiedziałem, kto pił herbatę w tych miejscach. Niedawno, przechodząc tą ścieżką o nietypowej dla mnie godzinie, usłyszałem w niedoskonałym akcencie: dzień dobry, panie Wiktorze. Mieszkający w moim bloku od ponad dwóch lat obcokrajowiec witał mnie, stojąc przy drzewie. W ręce trzymał kubek, blisko pnia znajdował się niewielki termos. Nie umiałem zapamiętać imienia sąsiada, odpowiedziałem mu więc tylko dniem dobrym, powszednim życzeniem w mianowniku. Pan poczeka, ja też wracam – powiedział i wylał z kubka niewielką ilość esencji na ziemię. Zacząłem temat, mówiąc o intrygujących mnie torebkach przy ścieżce, o tym, że nie spodziewałem się tego, kto je pozostawia. Dobrze posługiwał się naszym językiem, przebywał w naszym kraju od czasu studiów. Odpowiedział: uzna mnie pan za obłąkanego, ale, tak, przychodzę tu wypić herbatę, patrzę na wystające korzenie i wyobrażam sobie, że piję ją z moimi korzeniami, z tym wszystkim, z czego się wziąłem. Potrzebuję tego. Na koniec dzielę się naparem z drzewem, niech łyknie przez korzenie. Musiałem nie zauważać, że wypadały mi torebki, posprzątam, jeżeli trzeba.
   Kilka dni temu jechałem z nim windą. W przezroczystej reklamówce trzymałem kupione cytryny. Bez żadnej ironii powiedziałem: proszę wziąć jedną, może wrzuci pan sobie plaster do herbaty – choć to niezdrowe – gdy będzie pan szedł napić się przy drzewie. Odparł: dziękuję, ale sam pan wie, jak łatwo coś upuszczam i zostawiam.

Piotr Barański

Ucho
Zawsze widziałem w znaku zapytania ucho. Wystarczyło zobaczyć: „?”. Ucho wyczekujące odpowiedzi. Ucho nad kropką. W kropce, czyli w punkcie, dostrzegałem zaś znak odpowiedzi. Szczególnie tej, która trafia w punkt. Kropka potwierdza przecież  odpowiedź, a trafną pieczętuje.
   Z czasem pytajnik zaczął mi się nawet jawić jako ucho z kolczykiem, właściwie z linką kolczyka. Kropka pełniła rolę perły w tym skojarzeniu. Wiązałem ją w końcu z odpowiedzią, to znaczy z czymś cennym. Nie zawsze jednak koniecznym, chwała Bogu.
   Widziałem od razu, że w znaku zapytania, pomiędzy linką kolczyka a kosztownością (kropką) istnieje rozstęp. Tak jakby ucho próbowało dosięgnąć brylantu. Szczelina. O jej wielkości decyduje charakter pisma lub czcionka; zawsze jednak to graficznie niewielka luka, jakby niewypowiedziane oczekiwanie, by taka była również faktycznie. Rzeczywista odległość od pytania do odpowiedzi bywa przecież niemała. Tak jak zresztą dystans pomiędzy słuchem a usłyszeniem.
   Znak zapytania widziałem więc jako ucho przekłute. Przygotowane na kolczyk, choć nie zawsze gotowe. Ale czy kolczyk będzie perłą? Czy linka zawsze się z czymś złączy? Czy pojawi się po prostu odpowiedź? Ucho przedziurawione… By odpowiedź można było nosić.
   Filip będzie pytał – nieraz słyszałem od jednej nauczycielki w podstawówce. Podobno nadstawiałem uszu, zanim wypowiedziałem pytanie. Ucho zaczęło więc uczestniczyć w odruchu. I słyszeć nieraz odruchowe odpowiedzi.
   Jeszcze później, nie tylko widziałem w pytajniku ucho przyszykowane do noszenia biżuterii, zacząłem też dostrzegać oblicza pytań. Jeżeli było już ucho, to musiało być i oblicze. I tak rozróżniałem twarze pytań: saute i umalowane, szlachetne i wykolejone, młode i pomarszczone etc.
   Te wszystkie oblicza miały jednak ucho tylko z jednej strony i wydaje się, że niektóre z nich to twarze van Goghów, facjaty pytań oszalałych. A te zdrowe może po prostu kryją drugie ucho, chroniąc je przed mrozem lub nami.
Copyright Piotr Barański